To Wy jesteście mamami i wiecie, co jest dla Waszych dzieci najlepsze

Noś w chuście. Nie noś w chuście. Noś w nosidełku. Nie noś w nosidełku. Pierz i prasuj ubranka, bo dostanie alergii. Nie pierz i nie prasuj ubranek, bo się nie uodporni. Kup bujaczek, bo oszalejesz. Nie kupuj bujaczka, bo dziecko oszaleje. Dawaj smoczek, bo smoczek uspokaja. Nie dawaj smoczka, bo straci odruch ssania. Wyślij do żłobka, niech się usamodzielni. Nie wysyłaj do żłobka, bo wiecznie będzie chore. Usypiaj w wózku. Nie usypiaj w wózku. Usypiaj na rękach. Nie usypiaj na rękach. Itepe, itede.

To przykre, ale właśnie tak często wygląda rzeczywistość świeżo upieczonej mamy. Dookoła niej niczym grzyby po deszczu zaczynają wyrastać ciocie dobra rada, które pozjadały wszystkie rozumy i wiedzą najlepiej na świecie, co takiemu dziecku i jego matce będzie w tych pierwszych miesiącach potrzebne. I wiecie, co? Ja przy każdej takiej kolejnej radzie zachodziłam w głowę, ile czasu jeszcze minie, zanim regularnie zaczniemy latać w kosmos. Bo kilka pasażerek zgłosiłabym wtedy na ochotnika ;-)

Niestety, z czasem ta litania dobrych rad wcale się nam nie kończy. Dlatego dziś przed Wami 5 tych, które zdarza mi się słyszeć najczęściej – choć o macierzyństwie coś tam przecież już wiem. Natomiast dziś mam tę przewagę, że jestem mądrzejsza i odważniejsza. I na większość tych złotych rad mam czelność powiedzieć: DZIĘKI, ALE NIE.

1. ZOSTAW JE, NIECH SAMO SIĘ BAWI

Bo przecież kto to widział, żeby matka spędzała czas z własnym dzieckiem. Kawa się sama wtedy nie wypije, serial się sam nie obejrzy, a dwudaniowy obiad nie ugotuje. A wiadomo, że dzień bez obiadu to dzień stracony. Poza tym – jak mawia mój stary, dobry znajomy – życie to nie je bajka, życie to je Sparta. Taki noworodek co prawda wymaga jeszcze jako takiej obsługi, niemowlak może też, ale roczniak? Jak ogarnie chodzenie, to nawet poda pilota od telewizora.

No więc ja proponuję zastanowić się, po co nam było to dziecko. Bo dla mnie fakt, że mogę z nim spędzać czas i się razem z nim bawić, to jednak radość i zaszczyt. Nie każda kobieta ma tyle szczęścia, to raz. A dwa, że nie każda też może. Niektóre muszą zaraz wrócić do pracy, a rolę mamy przejmuje niania czy żłobek. I tak, bywa, że dziecko rzeczywiście uczy się tam samodzielnej zabawy. Ale czy dlatego, że chce? Czy dlatego, że nie ma wyboru, bo nie ma przy nim ukochanej mamy?

Poza tym – nie oszukujmy się. W czasach naszego dzieciństwa takich zabawek po prostu nie było. Człowiek myślał, że złapał Pana Boga za nogi, jak dostał niedziałający pociąg, pluszową małpę czy siedzącą lalkę. Nie mieliśmy Lego Duplo, pięknych Barbie ani rozwijających, sensorycznych zabawek. Dlatego ja z przyjemnością sobie to teraz odbijam. A że im Stasiek większy, tym zabawki fajniejsze, to uprzedzam lojalnie i szczerze, że mam zamiar jeszcze długo bawić się z własnym dzieckiem.


2. NIE NOŚ NA RĘKACH, BO SIĘ PRZYZWYCZAI

To chyba moja ulubiona rada. Bo wiecie, dzieci naprawdę przynosi bocian, no chyba, że człowiek mieszka na wsi albo ma przynajmniej jakiś tam ogródek działkowy, to wtedy może je znaleźć w kapuście. I takie dziecko, co to nigdy nie miało kontaktu z własną mamą, może się przyzwyczaić do jej zapachu, bicia serca, noszenia, tulenia i kołysania. Och, czekajcie… A może jednak nie? Może ono jednak zdążyło już jakoś tam oswoić się z tą swoją mamą jeszcze przed porodem?

Nieuświadomionym zdradzam: to z bocianem i kapustą to ściema. Tak naprawdę, dziecko bierze się z brzucha mamy i to on robi mu przez 9 miesięcy za dom. Dlatego noworodek rodzi się JUŻ przyzwyczajony do noszenia i kołysania, bo dokładnie tak sobie w nim bimbał, od kiedy tylko pamięta. Co więcej, on ma też to zapisane w genach. Pochodzi bowiem z gatunku, dla którego dotyk i bezpośrednia bliskość należą do podstawowych potrzeb – dokładnie takich samych, jak potrzeba snu czy jedzenia.

Z naukowego punktu widzenia mówienie więc, że da się przyzwyczaić dziecko do noszenia i tym samym rozpuścić je sobie czy zrobić z niego małego szantażystę czy też tyrana, jest nie tylko nieprawdziwe. Jest po prostu głupie i absurdalne. Dlatego mamy: noście swoje dzieci, póki jeszcze możecie. Bo ani się obejrzycie, a podorastają, a takich wyrośniętych to już nie udźwigniecie.


3. ŻADNEJ CHEMII, TYLKO WODA! 

Czyli: żadnych emolientów, żadnych szamponów czy płynów do kąpieli, żadnych kremów, balsamów, tylko czysta, zdrowa woda! Do tego żadnych chusteczek nawilżanych, bo przecież można postawić sobie obok przewijaka miseczkę z wodą i nasączać nią waciki bądź płatki kosmetyczne. Wszak Matka Natura wie, co jest dobre i żadna chemia nie jest w pielęgnacji potrzebna. I wiecie, co ja na to? Że gdybyśmy mieli nie korzystać ze zdobyczy cywilizacji, to mogliśmy równie dobrze w ogóle nie schodzić z drzewa.

Oczywiście, że podstawa to zdrowa i mądra pielęgnacja. Ale nikt nie powie mi, że złe jest nawilżanie skóry dziecka, kiedy ona naprawdę tego wymaga. A my mieliśmy tak od początku. Najpierw męczyliśmy się z tłustymi balsamami, które zostawiały plamy na ubraniu. Teraz sięgamy po NIVEA BABY Mój Pierwszy Krem. Ma leciutką konsystencję, łatwo się rozprowadza i naprawdę szybko wchłania, więc cały proces trwa kilka sekund – czyli dokładnie tyle, ile cierpliwość mojego Stacha ;-)

I nie, ten krem nie zawiera alkoholu etylowego, parabenów, barwników czy olejów mineralnych i może być stosowany nawet przy delikatnej i wrażliwej skórze. Do tego jest rekomendowany przez Instytut Centrum Zdrowia Matki Polki, a najlepiej świadczy o nim to, że może być stosowany już od 1. dnia życia. Dlatego tak, smaruję Staśka kremem, myję mu też głowę szamponem, wlewam do wanienki płyn do kąpieli i używam tych „okropnych” chusteczek. I wiecie, co? Oboje mamy się z tym świetnie ;-)


4. NIE CZYTAJ MU KSIĄŻEK, I TAK NIE ZROZUMIE

Po co czytać książki takim maluchom? Po co tracić czas i pieniądze, skoro ten mały niewdzięcznik co najwyżej zeżre kartki, a te, których nie zeżre, to z uśmiechem na ustach przy nas powyrywa? Po co opowiadać, co widzi się na obrazkach, skoro pies jeszcze długo nie będzie dla niego psem, tylko jakimś tam „hau-hau”? Po co tłumaczyć i opisywać? Ot, fanaberia. Przecież za kilka lat pójdzie do szkoły i wystarczająco dużo się jeszcze w życiu naczyta.

Ilekroć to słyszę, myślę, że gdzieś na świecie umiera przez to mała panda. Naprawdę, jak ktoś próbuje mi wytłumaczyć bezsens czytania dziecku książek i mówi, że o wiele atrakcyjniejsza jest dla niego zwykła zabawa, to od razu mam ochotę odparować mu cytatem z Wisławy Szymborskiej, że to właśnie czytanie jest najpiękniejszą zabawą, jaką sobie ludzkość wymyśliła. I jedyne, co musi rodzic, to w porę to dziecku pokazać. Bo do książek naprawdę człowiek się przyzwyczaja.

Zresztą, wystarczy poczytać o wynikach badań. Jednoznacznie potwierdzają, że maluchy, którym czytano już od 6. miesiąca życia, nie tylko szybciej uczą się mówić, ale i łatwiej opanowują później naukę czytania i pisania. Co więcej, czytanie na głos pozytywnie wpływało na rozwój ich mózgu i wyobraźni i jeszcze mocniej zacieśniało ich więź z rodzicami. Poza tym już teraz widać po Staśku, że nasze starania nie poszły na marne: on książki po prostu uwielbia! I taką samą frajdę daje mu wspólne czytanie, jak układanie klocków czy bawienie się autkami.


5. JAK NAJSZYBCIEJ WRACAJ DO PRACY

Bo nie wysiedzisz w domu z dzieckiem. Bo to ogłupia. Bo się wykończysz. Bo trzeba jak najszybciej wrócić do ludzi. Bo każdy dorosły człowiek by się przy roku macierzyńskiego zanudził. Bo szef Cię zwolni. Bo szef się obrazi. Bo obrazi się na Ciebie koleżanka, która musi Cię zastępować, a nawet pan ochroniarz czy pani woźna. Bo wychowawczy jest bezpłatny. Bo będziesz mieć dziurę w CV. Bo w tym czasie mogłabyś zdobyć doświadczenie i wiedzę. Bo najlepsze lata Twojego życia miną Ci w domu z dzieckiem.

No więc: tak. Czuję, że to są najlepsze lata mojego życia. To znaczy: nigdy nie było mi lepiej, niż z dzieckiem. Przesiedziałam ze Staśkiem całkiem sama przez pierwsze 1,5 roku jego życia. Najpierw na urlopie macierzyńskim, później na wychowawczym. Nie mam w Warszawie do pomocy mamy, babci, teściowej, siostry, nikogo. Musieliśmy więc liczyć tylko na siebie razem z Pawłem. I daliśmy radę! Świat przez to nie runął, ja nie zgłupiałam, a takiej wiedzy i takiego doświadczenia, jakich nabyłam przy Staśku, żadna praca by mi nie dała.

Od trzech miesięcy mamy jednak nianię. Ledwie na trzy dni w tygodniu, ale mamy. Ale nie dlatego, że dłużej bym już nie wytrzymała, ale dlatego, że chciałam. Chciałam móc pisać dla Was więcej tekstów na bloga, wyjść czasem na zakupy, do fryzjera, do kina czy kosmetyczki. Chciałam poczuć, że tych kilka godzin dziennie znów należy tylko do mnie i że znowu jestem dla siebie ważna. Egoizm? Jeśli już, to zdrowy. Natomiast radę mam dla Was dziś jedną: jeśli kogoś macie już słuchać, to siebie. To Wy jesteście mamami i wiecie, co jest dla Waszych dzieci najlepsze ♥

Wpis powstał we współpracy z marką Nivea Baby

Zdjęcia: Martyna Tola Piotrowska

Subscribe
Powiadom o
guest
6 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Ania

Pięknie napisane. Jak zawsze zresztą :)

Asia

Dziękuję Asiu za takie wpisy na blogu, jest fantastyczny a mi jakoś tak zawsze „lżej” jak sobie Ciebie poczytam, :)

Go go

Jakie fantastyczne zdjęcia! <3