Prawdziwa zaraza? Wysyp ekspertów od koronawirusa

Dziś wszyscy lepiej od Ciebie wiedzą, jak masz się czuć. Czy możesz się bać, czy nie możesz. Czy masz zrobić zapasy makaronu, ryżu i kaszy, czy dorzucić do tego też leki. Wszyscy w ciągu ostatnich kilku dni zrobili habilitację z medycyny i doskonale wiedzą, że koronawirus to tylko taka cięższa grypa, więc w czym w ogóle jest problem. Wszyscy też przeszli weekendowy kurs czytania statystyk i dumnie piszą w komentarzach na forach, że przecież na grypę i raka umiera więcej ludzi, więc czym tu się w ogóle przejmować. Jeszcze inni zasypują Cię fotkami z urlopu we Włoszech, z których niedawno szczęśliwie wrócili, ciesząc się jak norki, że nie załapali się na żadną kwarantannę.

Co z nimi robić? Omijać szerokim łukiem, jak każdego idiotę.


JA SIĘ NIE BOJĘ, BO KOLEŻANKA KOLEŻANKI MOJEJ KOLEŻANKI TEŻ SIĘ NIE BOI

Żeby nie było – doskonale rozumiem potrzebę wypowiadania się na tematy ważne i aktualne. Sama mam taki zawód, ale nawet, jeśli ktoś jest spawaczem, to ma święte prawo wejść sobie na Facebooka i napisać, co on o tym wszystkim myśli. Natomiast byłoby wskazane, żeby – zwłaszcza w tak poważnych kwestiach, jak koronawirus – nie kompromitował się przy tym ani własnym ignoranctwem, ani brakiem podstawowej wiedzy. Ale najpierw pozwólcie, że przytoczę kilka moich ulubionych zdań:

– Łohoho, czym tu się przejmować, przecież to taka gorsza grypa!

– Codziennie więcej ludzi umiera na raka, o tym nikt nie mówi!

– Przecież na koronawirusa umierają tylko ludzie starsi, to czego tu się bać?!

– Co za idioci wykupują ryże i makarony?!

– Ja się nie boję, bo mój sąsiad, moja koleżanka i nawet sąsiad mojej koleżanki też się nie boją!

Ile razy z podobnymi stwierdzeniami spotkaliście się przez ostatnie dni, jeśli nie tygodnie? I to piszą je zarówno anonimowi ludzie w komentarzach na Facebooku i przeróżnych forach, jak i przeróżni blogerzy, influencerzy i jak ich tam jeszcze zwał. Każdy jak jeden mąż czuje nieodpartą potrzebę podzielenia się ze światem swoimi przemyśleniami i – powtarzam – to jest totalnie ok. Tylko widzicie, bardzo brzydko jest robić kurwę z logiki. Bardzo brzydko jest też mówić, że nie ma się czego bać, jeśli mądrzejsi od nas mówią, że jest. I bardzo nieodpowiedzialnie jest bagatelizować problem, któremu WHO nadaje status pandemii, a który eksperci i politycy określają jako katastrofę czy – jak ostatnio lekarz z Bergamo – jako wojnę.


UCZMY SIĘ NA BŁĘDACH. TYLKO TYM RAZEM NIE NA WŁASNYCH, A WŁOCHÓW

Wiecie, jak daleko jest mi do polskiego rządu. Generalnie tak daleko, jak daleko mamy wszyscy do paczek z Aliexpress. Natomiast uważam, że to fantastyczne, że polski rząd wprowadził nam teraz te wszystkie ograniczenia. Że wie, jak niebezpieczny jest koronawirus i jak ciężko jest sobie z nim poradzić, więc zamyka centra handlowe, że wprowadza na nowo granice, wyznacza kwarantannę dla tych, którzy wracają z podróży. Bo przykład Włochów doskonale pokazał nam, czym się kończy bagatelizowanie problemu. Ci Włosi, których tak kochamy – z całą tą swoją żywiołowością, serdecznością i temperamentem – mają teraz zakaz wychodzenia choćby i na spacer, a do pracy muszą dojeżdżać ze specjalną przepustką.

To ich bliscy umierają teraz w szpitalach, w których od dawna brakuje sprzętu i łóżek. To ich lekarze zarażają się od pacjentów, bo od dawna nie ma maseczek, gogli czy kombinezonów, które zapewniłyby im choćby minimalną ochronę. W końcu to oni apelują do całego świata, żeby brał z nich przykład. Bo dobili już do sytuacji, w której nie tylko szpitale są już przepełnione, ale i kostnice. I nawet, jeśli pocieszacie się tym, że koronawirus ma niską śmiertelność, to musicie wiedzieć, że ktoś jednak umiera. Może to nie będziesz Ty, Twój chłopak czy Twoja dziewczyna. Ale to może być Twoja babcia, Twój dziadek, Twoja ulubiona sąsiadka. Co więcej, to możecie być też Wy, jeśli z powodu przepełnienia szpitali osobami starszymi, Was nie będzie miał już kto ani czym ratować. I to dlatego wszyscy próbują zatrzymać nas teraz w domach.


KORONAWIRUS TO NIE JEST TAKA CIĘŻSZA GRYPA

Samozwańczy eksperci pocieszają Was tym, że koronawirus ma niską śmiertelność? Przecież to nie o to wcale w tym chodzi! Chodzi o tempo rozprzestrzeniania się, brak szczepionki, lekarstwa, w końcu – o to, jak kładzie na plecy systemy opieki zdrowotnej, a teraz także i gospodarkę. Tej siły już nie powstrzymamy. Coraz więcej osób mówi, że zarazić się nim może nawet od 40 do 70 proc. ludności na całym świecie! Dlatego to, co musimy teraz zrobić, to rozłożyć te zachorowania w czasie. Unikać skupisk ludzi. Wychodzić z domu tylko wtedy, kiedy jest to rzeczywiście niezbędne. Myć ręce i dbać o higienę. Bo jeśli większość z nas przejdzie chorobę łagodnie, albo nie zarazi się wcale – to wtedy dla tych prawdziwie potrzebujących miejsc nie zabraknie. Tylko widzicie, bardziej prawdopodobny jest inny scenariusz. Taki, w którym chorych będzie przybywać w zastraszającym tempie. A lekarzy, łóżek w szpitalach i respiratorów, niezbędnych do ratowania tych ludzi – już nie.

Dlatego powtórzmy to sobie jeszcze raz. Koronawirus to nie jest taka cięższa grypa. Ktoś tak kiedyś powiedział i bez sensu poszło to dalej w świat. Owszem, na grypę też umierają ludzie. Ale grypa nie ma ani takiego tempa rozprzestrzeniania się, ani tak gwałtownego przebiegu, ani tak fatalnych dla zdrowia konsekwencji. Co więcej, grypę da się szybciej wyleczyć. Widzieliście kiedyś, żeby z powodu grypy rządy narażały własną gospodarkę? Żeby zamykano granice państw, zawieszano loty, zamykano sklepy, szkoły, kina i restauracje? Nie widzieliście. Więc może przestańcie porównywać te dwie choroby, bo w obliczu dzisiejszych danych to naprawdę jest już absurdalne.


KORONAWIRUS NIE JEST GROŹNY TYLKO DLATEGO, ŻE ZABIJA

Czy codziennie więcej osób umiera na raka niż z powodu koronawirusa? Albo w wypadkach samochodowych? Nie wiem. Ale to jest kompletnie nieważne! Z dokładnie tych samych powodów. Ani chorych na raka nie przybywa nam w takim tempie, ani wypadki samochodowe nie mnożą się na potęgę. I jakoś żadna z tych rzeczy nie sparaliżowała dotąd żadnego systemu opieki zdrowotnej. Serio, bądźmy poważni. Nie powtarzajmy zasłyszanych wcześniej bzdur, nie bierzmy za autorytety ignorantów, śmieszków czy samozwańczych ekspertów, którzy przekazują Wam albo nieprawdziwe informacje, albo sprawiają, że bagatelizujecie tak cholernie poważną przecież sprawę.

I oczywiście, że nie musicie się bać koronawirusa. Możecie przeżywać to po swojemu – dokładnie tak, jak chcecie. Bać się trochę, bać się bardzo, bardzo bardzo, albo nawet wcale. To Wasza sprawa. Ale wszyscy musimy zastosować się do zaleceń. Jest coś takiego jak odpowiedzialność społeczna i tego nam teraz trzeba. Im więcej z nas zostanie w domach, tym mniej z nas zachoruje. Jeśli nie robicie tego w trosce o własne życie i zdrowie, zróbcie to po to, żeby w razie czego nie zajmować szpitalnego łóżka komuś, kto naprawdę tego potrzebuje.


CZY ROBIĆ ZAPASY JAK NA WOJNĘ? CZY NIE ROBIĆ WCALE?

Tu jak ze wszystkim: każda skrajność jest zła. Wykupowanie po kilkadziesiąt paczek makaronu, ryżu czy kaszy to nie jest dobry pomysł. Tak samo, jak wykupowanie całej półki papieru toaletowego i połowy asortymentu apteki. To także jest nieodpowiedzialne z kilku prostych względów. Po pierwsze, napędzacie panikę i sprawiacie, że więcej ludzi biegnie po zapasy, bo zaczyna bać się, że serio czegoś dla nich zabraknie. Po drugie, to pandemia, a nie zderzenie z asteroidą – sklepy spożywcze wciąż będą otwarte. W Chinach nie zabrakło jedzenia. We Włoszech nie zabrakło jedzenia. To i Wam nie zabraknie. Po trzecie w końcu, to cholernie egoistyczne, bo dla kogoś w danym momencie serio może zabraknąć (choćby dla osób mniej mobilnych od Was, które nie mają zbyt wielu szans na wyrwanie się na zakupy). Tak, jak słyszymy, że dla niektórych brakuje już leków.

Czy oznacza to, że mądrzej było niczego nie kupować? No jasne, że nie! Sama zrobiłam małe (powtarzam: małe!) zapasy ponad dwa tygodnie temu. Wtedy, kiedy jeszcze nikt w Polsce nie traktował koronawirusa na serio i bała się pewnie tylko garstka osób, która tak jak ja monitorowała na bieżąco sytuację we Włoszech. A robiłam to nie bez powodu – mój mąż od miesięcy szykował się na narty w Livigno, więc z każdym takim newsem dostawałam mikrozawału. Później o zapasach zaczęło robić się głośniej i masa osób w internecie zaczęła naśmiewać się z „panikarzy”. To ja się teraz zapytam: miło robiło się zakupy wczoraj albo przedwczoraj? Kiedy w sklepach były tłumy, a półki były puste? Miło było przejść się w największe skupiska ludzi?


A TY, KTÓRY PROBLEM WOLISZ MIEĆ?

Ja w takich sytuacjach wolę sobie zadać pytanie: który problem chcę mieć? Bo problemy mamy zawsze i wszyscy. Więc czy wolę mieć taki problem, że dostaję łatkę panikary, czy taki, że zarażam się koronawirusem? Albo że jednak brakuje jedzenia czy leków dla mnie czy dla dziecka? Albo że narażam nas wszystkich, waląc na zakupy, jak robi to ze mną pół miasta? Widzicie, przezorny zawsze ubezpieczony. Czy wolę wydać dodatkowe 5 zł na zapas czopków przeciwgorączkowych? Czy w razie czego jeździć w nocy po mieście i szukać czynnej apteki? Serio, opinia innych ludzi to ostatnia rzecz, jaka powinna nas w takich momentach interesować.

Widzicie, co się dzieje. Masa osób albo już straciła pracę, albo zaraz ją straci. Dentyści zamykają gabinety, odraczane są szczepienia i wizyty lekarskie. Zamykają się salony kosmetyczne, fryzjerskie. W końcu – szkoły, kina, teatry i restauracje. Małe firmy w mgnieniu oka mogą znaleźć się na skraju bankructwa. Ludzie, pozatrudniani w tych branżach na śmieciowe umowy, najpewniej już dostali wypowiedzenia. To jest naprawdę cholernie trudny dla nas czas. Tym gorszy, że zupełnie nowy. Idę o zakład, że jeszcze miesiąc temu nawet nie wiedzieliście, czym jest koronawirus. Że jeszcze tydzień temu nie śniło Wam się, że odwołają Wam przez to wakacje i pozamykają granice. Ale to się dzieje.


KORONAWIRUS TO NIE PRZELEWKI. A TY WCALE NIE JESTEŚ PANIKARZEM

Czy człowieka, który boi się zagrożenia, wypada nazywać dziś panikarzem? A czym w obliczu pandemii jest tak właściwie panika? Szacunku, kochani. Szacunku, mądrości, siły i cierpliwości – tego nam dzisiaj potrzeba. Wszyscy jesteśmy ludźmi w stanie najwyższego zagrożenia. Pierwszy raz zamyka się nas w naszych domach. Pierwszy raz ogranicza nasze prawa. Ale robi się to wyłącznie dla naszego dobra. Dlatego błagam – zostańcie w domu, jeśli tylko możecie. Namawiajcie do tego swoich znajomych i dziadków. I nie powtarzajcie ani nie lajkujcie bez zweryfikowania tych wszystkich bzdur albo pełnych ignorancji opinii, na jakie trafiacie dziś w internecie.

Sytuacja jest cholernie ciężka i wymaga od nas ciężkich decyzji i jeszcze cięższych zachowań. I bardzo chciałabym wierzyć, że to wszystko jest po coś i że już niedługo wszyscy o tym zapomnimy. Ale od razu przed oczami mam tego mema z Schopenhauerem z tekstem: „Za rok wszyscy będziemy się z tego śmiali. Oczywiście, nie wszyscy”. I dziś – jak nigdy wcześniej – to od nas zależy, czy będziemy mogli śmiać się z tego rzeczywiście wszyscy, razem z naszymi bliskimi.


Zdjęcie: Tola Piotrowska

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o