Jak wygląda poród w prywatnym szpitalu? Czyli historia mojej drugiej cesarki

Powiedzieć, że mój pierwszy poród nie należał do specjalnie udanych, to jak nie powiedzieć nic. Pięć godzin rozkręcającej się akcji porodowej, w czasie których – mimo wyraźnych i udokumentowanych wskazań medycznych – odmawiano mi cesarskiego cięcia. Ból, łzy, upokorzenie i hasła: „pani jest wygodna i sobie wymyśliła, że my to dziecko za panią urodzimy” oraz „jak pani chciała sobie porozmawiać, to trzeba było przyjść z psychoterapeutą, wszystkim by nam było lżej”. Całą historię tamtego porodu opisywałam Wam zresztą pod tym linkiem. I ogromnie cieszę się, że za drugim razem zdecydowałam się na poród w prywatnym szpitalu. Oraz że pragnienie urodzenia drugiego dziecka było od tej traumy silniejsze.

Czy bałam się porodu, decydując się na drugą ciążę? Tak sobie. Skutecznie to wypierałam, a zapytana – unikałam tematu. Nie czułam najmniejszej ochoty roztrząsania tego. Zwłaszcza, że wychodziłam z optymistycznego założenia, że limit pecha na porodówkach wyczerpałam już do końca życia. Co więcej, teraz do mojej listy wskazań doszło kolejne, czyli stan po cesarskim cięciu. Wiedziałam już też, które warszawskie szpitale omijać szerokim łukiem. Wybrałam za to ten według wielu osób najlepszy, z wykupioną opieką pielęgniarską już po cięciu oraz swoim lekarzem. Tym razem zależało mi na tym, żeby operował mnie ktoś, kogo lubię i znam. A przede wszystkim – komu będę w stanie zaufać.

Czy był to szpital państwowy? Tak. Jakim więc cudem wylądowałam w prywatnym?


TYLE KOBIET RODZI, TO I PANI SOBIE PORADZI

Szczerze? Początkowo poród w prywatnym szpitalu nie wydawał mi się dobrym pomysłem. Nasłuchałam się tych wszystkich opowieści o tym, jak to w chwili zagrożenia życia matki lub dziecka i tak przewożą na sygnale do państwowego szpitala i jakoś nie chciało mi się na sobie sprawdzać, czy to prawda, czy nie. Mimo to zadzwoniłam na infolinię, bo wciąż była to jedyna opcja, żeby Paweł mógł ze mną być przez cały ten czas. Podczas gdy w państwowych szpitalach wstrzymano możliwości odwiedzin, Medicover miał w ofercie pokój rodzinny, w którym partner może przebywać od momentu wejścia na teren szpitala, aż do dnia wypisu. Kusiło? Bardzo. Ale wtedy uznałam, że dam sobie radę bez tego i potraktuję to jako opcję awaryjną. A póki co – będę się trzymała państwowego szpitala.

Jak to się zatem stało, że wygrał Medicover? Zacznijmy od tego, że termin porodu naturalnego miałam wyznaczony na 14 maja. Już w styczniu zadzwoniłam więc do szpitala, rezerwując opiekę po cięciu. Wtedy też zmieniłam lekarza na takiego, który będzie mógł mnie operować i spokojnie robiłam kolejne badania. Do czasu. Najpierw pandemia nabrała tempa, a liczba zakażeń zaczęła drastycznie rosnąć, przez co stało się jasne, że Paweł nie tylko nie będzie mógł mi towarzyszyć w trakcie operacji, ale że do dnia wyjścia ze szpitala w ogóle go nie zobaczę. Co w praktyce miało oznaczać, że będę tam zupełnie sama. I chociaż początkowo nie robiło to na mnie większego wrażenia, to im bliżej porodu, tym bardziej zaczęło mnie to przerażać. Zwłaszcza, że po pierwszej cesarce miałam problemy z oddychaniem i bałam się, że tym razem będzie podobnie. A spróbujcie wstawać do dziecka, jak tracicie dech.

Później okazało się, że ta opieka pielęgniarska też nie jest taka znowu pewna. Pominę szczegóły mojej rozmowy z położną – dość powiedzieć, że nasze wcześniejsze ustalenia okazały się niezbyt aktualne. Bo duży ruch w szpitalu, bo wiele kobiet rodzi, a tak w ogóle, to bez przesady, kiedyś kobiety rodziły w polu i żyły, a i teraz codziennie rodzą bez wykupionej położnej i sobie radzą, to ja też sobie przecież poradzę. Efekt? Rozpłakałam się zaraz po zakończeniu rozmowy. Bo skoro miało nie być przy mnie ani Pawła, ani położnej, to kto miałby być? Położne, które będą na zmianie? Raz to już przerabiałam. Do mojej sali przez cztery doby zaglądała, i owszem – ale pani z cateringu, a nie dyżurujące położne.

Medicover zaczął wydawać się więc jedyną sensowną opcją. Wtedy zadzwoniłam na ich infolinię drugi raz, żeby dowiedzieć się, czym poród w prywatnym szpitalu różni się od tego w państwowym. Jak się później okazało, różni się wszystkim.

poród w prywatnym szpitalu


STARE TRAUMY WRACAJĄ Z NOWĄ SIŁĄ

Czy było nas stać na poród tam? Tak, ale finanse to nie była kluczowa kwestia. Kluczowe było dla mnie bezpieczeństwo. Nie wiem, dlaczego wtedy wciąż sugerowałam się tymi legendami o odwożeniu na sygnale, zamiast po prostu zapytać o to bezpośrednio w szpitalu. Dlatego długo biłam się z własnymi myślami. I wtedy stało się coś, czego nie przewidziałam. Data cesarskiego cięcia została wyznaczona mi w państwowym szpitalu na… 11 maja. Czyli na 3 dni przed terminem porodu naturalnego. A ja już raz to przechodziłam. Dokładnie tak samo było 4 lata temu. Też miałam datę CC wyznaczoną na 3 dni przed, co nie powstrzymało Stasia przed tym, żeby urodzić się wcześniej. Dlatego teraz wiedziałam, że CC chcę mieć równo po ukończeniu 39. tygodnia. Czyli wtedy, kiedy dla dziecka jest to już całkowicie bezpieczne, a jednocześnie będzie bezpieczne też dla mnie. Czy się udało? Nie.

I nie chodzi o złośliwość lekarza czy brak dostępnych terminów. Ot, tak mu się ułożyły dyżury. Mogłam więc umówić się na CC do innego lekarza bądź liczyć na to, że moje drugie dziecko pokornie na swój termin zaczeka. Sęk w tym, że od dawna skracała mi się szyjka macicy, a od 25. tygodnia miałam założony pessar. Do tego doszła masa innych dolegliwości, które kazały mi wątpić w to, że tę ciążę donoszę. Kiedy więc okazało się, że innej daty nie ma i rodzimy 11 maja, rozpłakałam się drugi raz.

I nie, to nie była łezka do łezki, bo zrobiło mi się smutno. To był atak paniki, przy którym tymi łzami dławiłam się z przerażenia.


PORÓD W PRYWATNYM SZPITALU: GODNIE I WYGODNIE

Wiem, że dla kogoś, kto nie przeżył takiej traumy przy porodzie, jak ja, wszystko to może brzmieć absurdalnie. Zresztą, kiedy opublikowałam historię swojego pierwszego porodu, wśród setek komentarzy i wiadomości pełnych czy to wsparcia, czy podobnych historii do mojej, zdarzyło mi się przeczytać już o sobie, że jestem histeryczką, hipochondryczką i księżniczką, która chciałaby rodzić w Bóg wie jakich warunkach i to chore, że jest taka wygodna. A przecież mi nigdy nie chodziło o to, żeby było wygodnie. Chodziło o to, żeby było bezpiecznie – dla mnie i dla dziecka. Poza tym mam nieodparte wrażenie, że niektórzy mylą „wygodnie” ze zwykłym, ludzkim „godnie”.

Myślałam, że uda mi się to przezwyciężyć. Pokonać tamten strach, zracjonalizować poprzednie doświadczenia. Przecież tamta historia nie miała prawa znowu mi się przydarzyć. Zwłaszcza, że lekarz prowadzący ciążę zapewniał, że w jego szpitalu skierowań nikt nie podważa, a pacjentki traktowane są zawsze z szacunkiem. I ja bardzo, ale to bardzo chciałam mu wierzyć. Ale wiedziałam, że nie zdołam, kiedy z nerwów nie mogłam zasnąć do szóstej nad ranem i co chwilę zanosiłam się płaczem.

Dałam sobie tydzień, ale i to nie pomogło. Umówiłam się więc na wizytę z nadzieją, że uda się jakoś ten termin przełożyć. I wtedy usłyszałam dobrą i złą wiadomość. Zła była taka, że termin CC był absolutnie nie do przesunięcia. Dobra, że mój lekarz doskonale zna Medicover i wykonuje w nim swoim pacjentkom cesarskie cięcia. Co więcej, okazało się, że sala operacyjna jest wolna i mogą wpisać mnie w grafik na 7 maja, czyli dokładnie wtedy, kiedy tak bardzo chciałam. Kiedy akurat dobiłabym do upragnionego, 39. tygodnia i mogła mieć wykonane CC. I chociaż miałam to wszystko na spokojnie przemyśleć i przedyskutować z Pawłem, to wychodząc z jego gabinetu, po raz pierwszy poczułam ulgę.

A później? Później zadziała się magia.

poród w prywatnym szpitalu


MEDICOVER I TRZY ARGUMENTY NA „TAK” 

O swoich perypetiach z wybieraniem szpitala wiele razy opowiadałam na Instagramie. Nigdy jednak nie oznaczałam żadnego szpitala i nie mówiłam, co ostatecznie zamierzam. Aż napisał do mnie Medicover. Że widzieli, słyszeli, że zapraszają. Że u nich da się rodzić po ludzku. Nie muszę chyba mówić, o co od razu zapytałam. Okazuje się, że bajki o odwożeniu pacjentek na sygnale, to rzeczywiście bajki, a Medicover ma zarówno oddział intensywnej terapii dla dorosłych, jak i oddział patologii i intensywnej terapii noworodka. Ba, mają taką kadrę i taki sprzęt, że przyjmują nawet wcześniaki.  I już to wystarczyło, żeby mnie przekonać.

Zresztą, to szpital spełniający kryteria drugiego stopnia referencyjności. I chociaż poprosiłam o kilka dni na podjęcie decyzji, to z perspektywy czasu myślę, że ona właściwie sama się już wtedy podjęła. Nie było żadnych argumentów na „nie”. Za to aż trzy na „tak”. Po pierwsze, obecność Pawła 24h na dobę, którą ze wszystkich szpitali dawał tylko Medicover. Po drugie, możliwość wyboru bezpiecznej dla mnie daty. I po trzecie w końcu, osobna sala i prywatna opieka, która byłaby gwarancją bezpieczeństwa i komfortu zarówno mojego, jak i mojego nowo narodzonego dziecka.

Uprzedzając ewentualne pytania: tak, ten wpis jest efektem naszej współpracy. Medicover zapewnił mi część świadczeń w zamian za to, że opowiem Wam, jak wygląda poród w prywatnym szpitalu. Czy miało to wpływ na to, co teraz napiszę? Absolutnie nie, czego mieli zresztą świadomość. A biorąc pod uwagę mój poprzedni wpis i to, że o porodzie na Karowej zrobiło się głośno w całym kraju, musieli być bardzo pewni siebie, że zdecydowali się do mnie odezwać. Tym bardziej, że moja ciąża nie była ani trochę książkowa.  Bo niestety, ale nie jestem łatwą pacjentką nie tylko z racji doświadczeń i przebytej traumy, ale i historii medycznej, sięgającej ponad 10 lat wstecz. Ta ciąża, podobnie jak i poprzednia, właściwie od samego początku była już zagrożona. Nie będę wymieniać wszystkiego, ale na czele listy był mięśniak, skracająca się szyjka macicy i całkiem spora anemia. Szczerze? Podziwiam, że na to przystali, mając świadomość ryzyka.


CESARKA TO NIE JEST ZABIEG W SPA

Czy żałuję? Jednego.

Tego, że nie zdecydowałam się rodzić tam już za pierwszym razem. Może wtedy tamten tekst, zatytułowany „Już ja Wam opowiem, jak się rodzi w Polsce po ludzku”, miały prostą puentę, że pięknie. Bo chociaż teraz minął już miesiąc od mojego drugiego porodu, to pisząc to, wciąż mam łzy w oczach i ściśnięte gardło. Tym razem nie z żalu i złości, a ogromnego szczęścia i – przede wszystkim – wdzięczności. Bo tak, da się rodzić po ludzku. Da się być traktowanym z godnością i szacunkiem oraz – zwyczajnie – z empatią.

Przez trzy pełne doby pobytu tam ani jedna osoba nie sprawiła mi choćby minimalnej przykrości. Nie padło ani jedno złe słowo, nikt nie dał mi odczuć, że cesarka to gorszy poród. Nie było też ani grama presji, związanej z wyborem sposobu karmienia. Wszystko z absolutnym poszanowaniem mnie, mojego dziecka, ciała oraz podejmowanych przeze mnie decyzji. I chociaż pewnie wypadałoby, żebym dla dodania wiarygodności poskarżyła się choć na jedną rzecz, to naprawdę, nie miałabym na co.

Dodajmy jednak, że wbrew złośliwościom co niektórych, cesarka to nie jest zabieg w SPA. To nie jest opcja dla wygodnych, gdzie kobieta kładzie się na chwilkę na stole, po czym rześka i radosna funkcjonuje, jak gdyby nigdy nic. To operacja, polegająca na przecięciu powłok brzusznych i choćby była zrobiona najlepiej na świecie, to wiąże się z bólem, ryzykiem i ma też swoje późniejsze konsekwencje. Ale ważne jest w tym też to, w jakich warunkach się ją przeprowadza.

poród w prywatnym szpitalu


KONIEC NIERÓWNEJ WALKI Z MIĘŚNIAKIEM

Dzisiaj mam porównanie i dla mnie poród w prywatnym szpitalu to zupełnie inna jakość, a sam Medicover to zupełnie inny świat. Od początku do końca czułam się w nim cudownie zaopiekowana i absolutnie bezpieczna. A atmosfera na sali operacyjnej była taka, że nie przeraziła mnie nawet tryskająca nagle przed oczami krew. Bo nie wiem, czy wiecie, ale podczas CC kobieta jest całkowicie przytomna. Ma jedynie przed sobą wielką płachtę, która oddziela jej głowę od reszty ciała. Nie widać więc krojenia brzucha, ale krew, która na nią poleci – już tak.

I powiem Wam, że zdecydowanie jestem tu tradycjonalistką i wolę, kiedy krew jest wewnątrz ciała, a nie na zewnątrz. Natomiast tutaj wszyscy byli tak pewni siebie, że nie było momentu, w którym przestałabym czuć się bezpiecznie. I takiej atmosfery życzę absolutnie każdej kobiecie. Z cudownym zespołem, który umie uspokoić, cierpliwie wszystko wytłumaczyć, ale i rozbawić. Moja cesarka nie była łatwa – zwłaszcza, że w jej trakcie usunięto mi też ponoć nieoperacyjnego mięśniaka. Co zresztą traktuję w kategorii cudu. Po 10 latach zmagań i wizyt u lekarzy, doradzających niemal jednogłośnie usunięcie macicy, mam dzisiaj dwoje cudownych, zdrowych dzieci. I wciąż mam swoją macicę.

I nie, usunięcie go nie było planowane. Jeszcze na ostatniej wizycie przed porodem pytałam o to mojego lekarza i wykluczył taką możliwość, bo usuwanie mięśniaków podczas cesarskiego cięcia zwiększa ryzyko krwotoków. A jednak. Po otwarciu brzucha okazało się, że lepszej okazji nie będzie. Że ten mięśniak, którego ponoć nie da się usunąć inaczej, niż z całą macicą, jest już dzisiaj tylko wspomnieniem. Medicover ze swoim genialnym zespołem dał mi więc o wiele więcej niż mogłabym chcieć.

Zanim zapytacie: operowali mnie dr Marcin Wieczorek oraz dr Jurij Feduniv. Nie znam niestety nazwisk ani pani anestezjolog ani całej reszty osób, która wtedy się mną opiekowała, ale okazano mi tyle troski, wsparcia i zrozumienia, że mam ochotę ich wszystkich wyściskać.


PORÓD W PRYWATNYM SZPITALU VS. PORÓD W PAŃSTWOWYM

I z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że warto. Że wydałabym na ten poród ostatnie pieniądze, bo od niego zależy życie i zdrowie nawet nie jednej, ale dwóch osób. Że lepiej wydać raz na szczęśliwe rozwiązanie, niż później latami leczyć się z traumy i wydawać te pieniądze na terapię. Oraz że obecność partnera to najlepsze, co możecie sobie zapewnić. Żadna, nawet najlepsza opieka nie da Wam takiego wsparcia i takiej pomocy przez całą dobę, jak ukochany człowiek, którego non stop możecie mieć wtedy przy sobie. Nieważne, czy chodzi o podanie herbaty, pomoc podczas mycia czy zajmowania się dzieckiem. Liczy się przede wszystkim obecność. To poczucie bezpieczeństwa zamiast osamotnienia. Bliskość, czułość. To, że uczestniczycie w tym razem i że te pierwsze chwile to będą Wasze wspólne, a nie tylko Twoje własne wspomnienia.

Ostatnio na jednej z warszawskich grup dla ciężarnych przeczytałam, że nie ma co oczekiwać od szpitala wysokiego standardu, bo szpital to przecież nie hotel. Szczerze? Medicover ma taki standard, że ja tak właśnie się tam czułam. Przestronna, prywatna sala z kanapą dla partnera i własną łazienką. Pyszne jedzenie. Pomoc na każde wezwanie, w tym przy pionizacji, prysznicu, opiece nad noworodkiem. To wszystko było na najwyższym poziomie. I gdyby rozpatrywać Medicover w kategoriach hoteli, to bez oporów przyznałabym mu pięć gwiazdek. A biorąc pod uwagę to, że wszystkie inne brane przeze mnie pod uwagę szpitale zamknęły się na odwiedzających z powodu pandemii, to Medicover był nie tylko najlepszą, ale i jedyną opcją, żeby móc przeżyć ten poród we dwoje.


MEDICOVER ODCZAROWAŁ MI PORÓD. I TEGO NIGDY IM NIE ZAPOMNĘ

Oczywiście, wiele kobiet powie, że rodziły same i też było dobrze. Pamiętajmy jednak, że każda z nas ma inne doświadczenia, predyspozycje, oczekiwania. Zupełnie inne zasoby i inną listę potrzeb. Czy da się godnie rodzić w państwowym szpitalu? Wierzę, że tak, ale sama nie chciałam drugi raz ryzykować. Czy można obejść się bez partnera? Można, ale nie trzeba. Nie mówiąc już o tym, że poród w prywatnym szpitalu daje zupełnie inne możliwości i odczucia. A to ważne, bo dane dziecko rodzi się tylko raz i czasu cofnąć się nie da.

A już tak całkiem na koniec. Ktoś ostatnio zapytał mnie, czy miałam plan porodu. No miałam. Wrócić żywa do domu, do starszego dziecka. Ostatnie dni przed porodem zwijałam się w sobie ze strachu. Nie o siebie, nie o poród. O Stasia. Co będzie, jeśli coś pójdzie nie tak? Co, jeśli ta cesarka to będzie kolejna trauma? A dzisiaj? Dzisiaj myślę, że gdyby mój pierwszy poród odbył się w takich warunkach, drugiego nie bałabym się już wcale. Dlatego czuję tak ogromną wdzięczność, że wreszcie mi ten poród odczarowano. Że w porę trafiłam na cudownego lekarza i równie cudowny szpital. I bardzo, bardzo chciałabym, aby każda kobieta miała takie doświadczenia, jak ja. Nieważne, czy rodzi naturalnie, czy przez cesarskie cięcie.

Ważne, by przez cały pobyt w szpitalu czuła się dobrze zaopiekowana. Oraz – zwyczajnie – bezpieczna.

Medicover cesarskie cięcie

Wszystkie informacje na temat porodu w szpitalu Medicover znajdziecie pod tym linkiem

Subscribe
Powiadom o
guest
12 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Kaja

Dzięki Tobie wiem, że teraz poród tylko tam. Dziękuję <3

Olga M.

Brawa dla Ciebie, ja bym się chyba drugi raz już nie odważyła…

Pani od polskiego

czekałam na ten tekst! cytując klasyka: maleńka, jesteś wielka!