Kursy pisarskie? Super pomysł! Jeśli chcesz zarobić na ludzkiej naiwności

Jestem człowiekiem, który robi w pisaniu. A pisałam już w życiu chyba wszystko – no, może poza instrukcjami obsługi pralki. Od typowych tekstów pod SEO, przez teksty reklamowe, aż po wywiady, reportaże, a nawet opowiadania i dłuższą prozę. Pracowałam zdalnie jako copywriter i stacjonarnie, jako redaktor, w naprawdę świetnych redakcjach. Do tego na etat, więc nie, że praktyki studenckie i 500 zł brutto. Wygrywałam konkursy literackie, odhaczałam kolejne kursy pisarskie, napisałam setki tysięcy znaków i odrzuciłam propozycje wydania własnej książki od chyba wszystkich liczących się na polskim rynku wydawnictw, żeby za chwilę wydać ją samodzielnie. Czy pozwala mi to wierzyć, że mam coś sensownego do powiedzenia i napisania? Myślę, że tak. Czy kiedykolwiek pomogła mi w tym ukończona filologia polska? Nie. Dziennikarstwo? Też nie. O czym wiele razy Wam zresztą mówiłam. Dlatego dzisiaj pójdziemy dalej i powiem Wam, ile warte są kursy pisarskie. I dlaczego zwykle nie warte są nic.


KURSY PISARSKIE – DLA KOGO TO I PO CO?

Oficjalnie kursy pisarskie są dla wszystkich tych ludzi, którzy chcą się podszkolić w pisaniu. Niektórzy z nich mają już za sobą pierwsze sukcesy, inni tworzyli dotąd tylko do szuflady. Jednym marzy się pisanie literatury, innym – blogów, jeszcze innym – scenariuszy filmowych. I to jest wszystko ok. Założenia także bywają zwykle szlachetne, bo oto twórcy obiecują, że jak już ukończysz te ich kursy, to nabierzesz pewności siebie, zdobędziesz nowe umiejętności, udoskonalisz warsztat, podreperujesz styl i generalnie świat stanie przed Tobą otworem. Natomiast pragnę przypomnieć, że takie kursy to się prowadzi jednak dla kasy, nikt się chyba jeszcze na żadnym w życiu nie wybił, a tym słynnym otworem bywa zwykle dupa.

Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że natchnęło go to nadzieją, weną czy motywacją. I ok, ja rozumiem, że można się na to złapać. Ba, uważam, że się nawet powinno! Że jak już człowiek zapłaci i pojedzie do tej głuszy, stolicy albo na inny koniec świata, to powinien wejść w to niczym nożyk w masło. Ale nie oszukiwałabym się, że powstaną z tego wiekopomne dzieła. Że nagle wyrośniemy dzięki temu na drugiego Stasiuka, Kuczoka czy Bondę. Niestety. Wróżka Wenuszka nie zacznie siadywać regularnie na naszym ramieniu, żadna gazeta nie zamówi u nas powieści w odcinkach i żaden reżyser nie przyjdzie i nie powie, żebyś został jego Żulczykiem.

Jedyne, co Ci to da, to motywacyjnego kopa. To poczucie wspólnoty, przynależności do uprzywilejowanej i super zdolnej grupy. A więc wyjdziesz stamtąd szczerze zadowolony i nawet nie dopuścisz do siebie myśli, że nie dało Ci to zupełnie nic, poza przekonaniem o własnej zajebistości. A za to niektórzy zapłaciliby krocie. Serio, jak szukacie sposobu na szybki zarobek, to walcie w pompowanie cudzego ego.


ILE JESTEŚ W STANIE ZAPŁACIĆ ZA UŚCISK DŁONI?

Zacznijmy od tego, czy kursy pisarskie mogą mieć jakikolwiek sens. I tutaj odpowiedź brzmi: to zależy. A konkretnie: to zależy od tego, kto takie kursy prowadzi. Jeżeli rzeczywiście są to znani pisarze, z konkretnym dorobkiem literackim, uznani przez krytyków i pokochani przez czytelników – to jasne, że warto. Głównie dla samego obcowania z nimi. Naprawdę to niesamowite uczucie, kiedy możesz zapalić papierosa z Marcinem Świetlickim albo usiąść przy jednym stole z Andrzejem Stasiukiem i słuchać, jak wspaniale wypowiada słowo „kurwa”. Jest małe prawdopodobieństwo, że uda Ci się dostąpić tego w jakikolwiek inny sposób, więc tak – pod tym względem zapisać się warto. Natomiast minus jest taki, że Twoi idole mogą mieć Cię wtedy za ostatniego frajera i wtedy uczucia masz jednak mieszane.

Załóżmy jednak, że dumę chowasz do kieszeni (wszak odkąd spłukałeś się na kurs, masz w niej sporo miejsca) i bierzesz udział w czymś takim. Powtarzam: ze starannie wyselekcjonowaną kadrą. Czyli taką, która ma odpowiednią wiedzę i doświadczenie, żeby czegokolwiek Cię uczyć. Wtedy możesz dowiedzieć się od nich co nieco, poznać ten rynek od wewnątrz, zasłyszeć trochę plotek, które zwykłym śmiertelnikom nie są i nie będą nigdy dostępne. Naprawdę, miałam taki etap w życiu, że na kursy pisarskie wydawałam więcej, niż na jedzenie, więc takich historii – zasłyszanych przy wódce/ognisku/papierosie – miałabym na pęczki. Natomiast ważniejsze jest to, że możesz zdobyć kontakty. Usłyszeć, komu warto wysłać swoje prace, czasem nawet – na kogo się powołać. Nie wiem, czy jest to warte tej kasy, ale moim zdaniem – jest.


KTÓRE KURSY PISARSKIE LEPIEJ OMIJAĆ?

Natomiast na pewno nie warto inwestować kasy, czasu, energii i godności w kursy pisarskie, za którymi nie stoją żadne wybitne nazwiska. Spróbujcie sobie wpisać frazę „kursy pisarskie” w Google i poczytajcie zakładki „O nas”, „Kadra”, i im podobne. A tam kwiatki w stylu: „pisanie jest bardzo cenną umiejętnością, bla bla bla”. „Nasi nauczyciele piszą i publikują książki…” Jacy nauczyciele? Jakie książki? Zdarza się też, że na takich stronach i owszem, jest wymieniona caluteńka kadra! Są zdjęcia, notki biograficzne. Sęk w tym, że nie poznajesz. Nazwisk, twarzy, ani – tym bardziej – tych wybitnych dzieł, które miałyby potwierdzać kompetencje tych ludzi. Co wtedy robić? Omijać takie kursy szerokim łukiem.

Dla porównania – sprawdźcie, jak do tematu podchodzi szkoła o wdzięcznej nazwie „Maszyna do pisania”. Sama nie byłam u nich na żadnym kursie, ale odpalam stronę główną i co widzę? Po pierwsze, założycielką jest Katarzyna Bonda, więc wow. Po drugie, już ze strony głównej spoglądają na mnie m.in. Mariusz Czubaj, Sylwia Chutnik i Łukasz Orbitowski. No i to są, Moi Drodzy, nazwiska! Dlatego zapewniam Was, że jeśli za danym kursem stoi choć jeden wartościowy autor (pisarz, dziennikarz, krytyk, itd.), to jego nazwisko będzie do Was krzyczało już ze strony głównej. A jeśli nie krzyczy, to znaczy, że lepiej już wydać tę kasę na urlop nad Bałtykiem.

Ale! Żeby nie było już tak smutno i na poważnie, niżej przedstawiam Wam moją prywatną klasyfikację uczestników kursów pisarskich! Co prawda to tylko 5 głównych typów, ale daje to pewną zapowiedź tego, kogo na nich spotkacie.


1. PRAWIE JAK HEMINGWAY

Umie pisać i wie, że umie pisać, tylko ma jeden problem: nie pisze. Albo jest za nieśmiały, albo za dużo pije, albo za mało pije, albo ma problemy z dziewczyną, albo wydawnictwa go nie chcą, a w ogóle to świat jest niesprawiedliwy, bo on już dawno powinien dostać Nobla za tę książkę, co to jeszcze jej nie napisał. Możliwe, że kursy pisarskie to dla niego jedyny sposób na to, żeby się dowartościować. Coś tam napisze, ktoś to pochwali, może nawet go to zmotywuje, ale w 3 na 4 przypadków – nic z tym zupełnie nie zrobi.


2. PATKA LITERATKA

Nie umie pisać i wie, że nie umie pisać, więc niby z niej grafomanka, ale przynajmniej świadoma. Dużo czyta, ale zwykle bzdur, może coś nawet wydała, ale wie, że te jej wypociny są tak słabe, jak słaba potrafi być tylko proza Katarzyny Michalak. Natomiast ksywę ma nie od przypadku, bo to jej pisarstwo na akord jest już mocno patologiczne – bardziej nawet niż u Remigiusza Mroza. Plusy: jest zupełnie nieszkodliwa dla siebie i dla społeczeństwa, bo i tak niczego nie wyda. Poza pieniędzmi na kursy pisarskie, rzecz jasna.


3. DRUGI CEJROWSKI

Trochę umie pisać, a trochę nie umie, ale jest ciekawy świata, więc sprzeda lodówkę własną, brata, matki i sąsiada, byle zaliczać te kolejne kursy i – jak to mówi – poszerzać horyzonty. Po czym nic z tym raczej nie robić. No ale jest żądny przygód i wiedzy, realizuje swoje pasje, krzywdy przy tym nikomu nie robi, więc w sumie nawet jakby go chciał nie lubić, to nie bardzo jest za co. Ot, kolejny człowiek, który lubi sobie pogadać, pobywać w środowisku, zrobić z pisarzami misia-tulisia i wrócić na noc do ciepłego wyrka. 


4. JAŚKO GRAFOMAN

Nie umie pisać, ale nie wie, że nie umie pisać, więc pisze. Napisał w życiu tyle, że gdyby to wszystko wydrukować, to Matka Boska Amazońska zapłakałaby nad pogromem lasów. Na szczęście ludzkość wynalazła internet, więc bez szkody dla środowiska (za to z psychiczną dla potencjalnych odbiorców) wypisuje te swoje herezje i czasem nawet zarabia na tym pieniądze. Co gorsza, on serio wierzy, że może robić innym za autorytet, więc robi to bez mrugnięcia okiem. Trochę gardzę, a trochę jednak zazdroszczę.


5. JEDEN Z DZIESIĘCIU

Ten jeden, jedyny uczestnik, dla którego kursy pisania są jak wódka dla wujka Tadka. Rozrusza go to, rozochoci, pozwoli poznać nowych ludzi, zbudować bazę kontaktów do pisarzy, krytyków, może nawet wydawnictw. To ten typ, który wyciśnie taki kurs niczym Juicy Salif cytrynkę. Napisze tam pół książki, drugie pół już sobie zaplanuje, a przy okazji dowie się co nieco o redakcji, korekcie, promocji. Problem z nim jest właściwie tylko jeden. Jest jak yeti, co to wszyscy o nim gadają, ale nikt go nigdy nie widział.


Podsumowując: dobrego pisania nikt Cię nie nauczy. Ale jeśli wiesz, że masz talent, tylko potrzebujesz go podszlifować i przy okazji dowiedzieć się co nieco o tym rynku od środka – śmiało, zapisuj się! Tylko idź na taki kurs, za którym stoją naprawdę wybitni ludzie. Bo jak już trwonić gdzieś pieniądze, to chociaż nie byle gdzie!

Subscribe
Powiadom o
guest
6 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Aleksandra

O matko, wreszcie ktoś to głośno powiedział!!! To tak jak z tymi wszystkimi kursami online teraz. Wywaliłam na kilka kasę, a później tylko przewracałam oczami. Że ludziom nie wstyd zarabiać na takiej chale…

Malwina

Asia, a czy w takim razie możesz jakieś polecić, poza Maszyną oczywiście?

Olga

Haha, klasyfikacja najlepsza :D Chociaż z tym yeti to nie przesadzaj, w końcu Ty wreszcie wydasz tę książkę, a też na takie kursy chodziłaś! :))