„Babcia kocha, babcia da cukiereczka”? Czyli jak karmić nasze dzieci, żeby nie zwariować?

Tekst sponsorowany w ramach programu edukacyjnego „1000 pierwszych dni dla zdrowia”,
którego inicjatorem jest Fundacja Nutricia


To zadziwiające, że nic tak nie interesuje ludzi, jak sposób, w jaki my – matki – karmimy nasze dzieci. Kiedy zapytałam moje czytelniczki o to, jakie pytania najczęściej zadawano im po porodzie, dominowało jedno: „karmisz”? W domyśle: JAK karmisz. Czy piersią, czy mlekiem modyfikowanym. A czy nie lepiej (i bardziej taktownie) byłoby zapytać o samopoczucie? O to, jak taka świeżo upieczona mama się ma? Jak odnajduje się w macierzyństwie? I – co najważniejsze – czy nie potrzebuje aby odrobiny wsparcia? Przecież dla niej to też jest nowa (i wcale niełatwa) rola.

Co ciekawe, im dziecko starsze, tym kwestie jego żywienia stają się dla innych mniej zajmujące. Wtedy już mało kto patrzy na to, co dziecko je, czy rozszerzanie diety odbywa się zgodnie z zaleceniami. Czy mamy tę wiedzę, którą powinnyśmy mieć, a której nikt na żadnym etapie nam właściwie nie przekazuje. Ba, wkraczają wtedy babcie i całe zastępy cioć, które zalecenia mają za nic, bo „one kiedyś karmiły wszystkim i było dobrze”. A przecież to żywienie jest nadal kluczowe. I to nie przez dzień, tydzień czy miesiąc, a przez… aż 1000 pierwszych dni. Ten czas, liczony od poczęcia do ok. 3. roku życia, kiedy organizm dziecka wzrasta i najintensywniej się jeszcze rozwija.

A to z kolei oznacza, że wciąż jest podatny na różne zagrożenia, których młoda mama (i tata! nie zapominajmy tutaj o ojcach i ich udziale w całym procesie wychowania) może nie być świadoma.


PIERWSZA ZASADA MACIERZYŃSTWA: KOCHAĆ, NIE PANIKOWAĆ 

Zabrzmiało groźnie? Jeśli tak, to od razu pragnę uspokoić. Celem tego tekstu nie jest straszenie czy wypunktowanie, co i na jakim etapie robimy źle. Przeciwnie. Chodzi o edukację i uświadomienie sobie, jak tę dietę rozszerzać, aby zapewnić swojemu dziecku jak najlepszy początek. A skąd czerpać taką wiedzę? Przede wszystkim: od lekarzy oraz z innych, sprawdzonych źródeł. Mamy przecież zalecenia żywieniowe WHO oraz najnowsze publikacje. Jedną z nich jest raport dotyczący bezpieczeństwa żywności dla dzieci, który przygotowała Fundacja Nutricia oraz  Wydawnictwo Naukowe PWN (możecie pobrać go pod tym linkiem). To prawdziwe kompendium wiedzy na temat wpływu bezpieczeństwa żywności na stan zdrowia dziecka – wartościowe tak dla ekspertów, jak i takich rodziców, jak Ty czy ja.

Oczywiście, dużo mówi się dziś o kształtowaniu zdrowych nawyków, a z roku na rok ta świadomość na temat żywienia dzieci jest coraz większa. To już nie te czasy, kiedy wychodziło się z założenia, że nieważne, co i nieważne, skąd – byle dziecko zjadło. A i dostępność produktów jest nieporównywalnie większa niż kiedyś. Dlatego grunt to nie sugerować się tym, jak karmiły nas nasze mamy (wiedza na temat żywienia dzieci mocno się jednak zmieniła). Nie słuchać „dobrych” rad babć, koleżanek, sąsiadek. Jeśli jesteśmy pod opieką dobrego pediatry – zawsze możemy podpytać. Ale równie dobrze możemy sięgać też po materiały w sieci. Tutaj polecam Wam całą stronę www.1000dni.pl – znajdziecie na niej ogrom DARMOWEJ i fajnie podanej wiedzy na temat żywienia i rozwoju dzieci. Są tu przeróżne artykuły, poradniki, materiały edukacyjne, ba – nawet przepisy dla mam i dzieci! A wszystko to dostępne od ręki.


NIE, DZIECKO TO NIE JEST MAŁY DOROSŁY

Tyle mówi się o tym, że dziecko to po prostu mały dorosły. Tyle, że nie do końca jest to prawda. W początkowych latach życia malucha jego narządy i układy nie funkcjonują jeszcze tak dobrze, jak nasze. Przykład? Układ pokarmowy niemowląt i małych dzieci szybciej wchłania szkodliwe związki – także te z diety. Do tego funkcje detoksykacyjne wątroby wciąż dojrzewają. To z kolei sprawia, że nerki nie są w stanie tak samo sprawnie wydalać jeszcze z organizmu substancji toksycznych. W starciu z drobnoustrojami też nie mamy równych szans. Organizmy niemowląt i małych dzieci są jeszcze na tyle wrażliwe, że to my, dorośli, musimy o nie dbać. Zwłaszcza przez ten 1000 pierwszych dni. To w końcu czas intensywnego wzrostu i dojrzewania wielu układów. Do tego taki, który będzie rzutował później na właściwy rozwój i stan zdrowia naszego dziecka. Wszystko to sprawia, że żywność, jaką podajemy naszym dzieciom, jest kluczowa dla ich dalszego życia.

Tylko jaka żywność jest wystarczająco bezpieczna? Przede wszystkim taka, w której zawartość składników niebezpiecznych dla zdrowia jest odpowiednio kontrolowana, badana i regulowana przez prawo. Ale jak w takim razie powinniśmy wybierać żywność dla najmłodszych? Czy najbezpieczniejsze przy rozszerzaniu diety byłoby sięganie po owoce i warzywa z własnego ogródka? Niekoniecznie, bo są czynniki, których sami nie jesteśmy w stanie ocenić – jak choćby jakość gleby. Dlatego lepiej sięgać po żywność, która została odpowiednio przebadana i pochodzi ze sprawdzonego już źródła.

1000 pierwszych dni


SPRAWDŹ, ZANIM KUPISZ. TUTAJ ETYKIETY NIE KŁAMIĄ

Tak, jak wspominałam, organizmy naszych dzieci przez tych 1000 pierwszych dni jeszcze się rozwijają i dojrzewają. Przez to są też dużo bardziej narażone na przeróżne czynniki, które w nadmiarze mogą stanowić zagrożenie dla ich zdrowia. Zwłaszcza, jeśli są ukryte w jedzeniu. I dlatego z myślą o nich stworzona została specjalna grupa żywności. Czym się charakteryzuje? To przede wszystkim:

1. Oznaczenie wieku na opakowaniu

Te wszystkie oznaczenia: po 6., po 9. czy po 12. miesiącu życia nie biorą się tu z niczego. Oznaczone tak produkty są regulowane prawnie – i to zarówno przez polskie, jak i unijne przepisy. Wiek na opakowaniu sugeruje, że jest to żywność dla niemowląt i małych dzieci, podlegająca restrykcyjnym normom.

2. Rygorystyczne normy co do zawartości zanieczyszczeń

I to o wiele bardziej restrykcyjne od tych, jakie dotyczą żywności dla dorosłych. Ponieważ dziecko ma mniejszą masę ciała, to potencjalne zanieczyszczenia, które w danej ilości będą obojętne dla dorosłego, dla najmłodszych mogą stanowić już zagrożenie. Czy wiedzieliście na przykład, że normy pestycydów w niektórych owocach są do 3000 razy bardziej rygorystyczne dla dzieci, niż dla dorosłych? A w warzywach aż do… 5000 razy? To już są liczby, które powinny działać na wyobraźnię.

3. Silne ograniczenia w dodatkach do żywności

Ponieważ takie dodatki jak konserwanty, sztuczne barwniki czy aromaty nie mogą być dodawane do żywności dla niemowląt i małych dzieci tak, jak robi się to w przypadku żywności dla dorosłych.


TE STRASZNE „E”, CZYLI CO Z DODATKAMI DO ŻYWNOŚCI?

Chyba wszyscy o nich słyszeliśmy. Mają poprawiać wygląd, zapach, smak, teksturę czy jeszcze inne cechy żywności. Inne – wydłużać okres jej trwałości. Mowa właśnie o dodatkach do żywności, które same w sobie żywnością nie są i muszą być wymienione na etykiecie każdego produktu. Dlaczego warto o nich wspomnieć? Ponieważ ich wchłanianie może przebiegać u młodego organizmu inaczej, niż u dorosłego. Czy w takim razie oznacza to, że w żywności dla niemowląt i małych dzieci w ogóle ich nie znajdziemy? Nie. Natomiast z całej listy ponad 330 dodatków dozwolonych jest tylko część z nich. To głównie witaminy, składniki mineralne, aminokwasy, nukleotydy czy inne neutralne dla dziecka substancje.

Skąd wiem to wszystko? Właśnie ze strony 1000dni.pl, którą Wam tu dzisiaj polecam. A dlaczego warto czerpać informacje z niej, a nie z wielu innych, dostępnych w internecie? Przede wszystkim dlatego, że stoi za nią wspomniana Fundacja Nutricia. Macie więc pewność, że zamieszczane na niej informacje są prawdziwe i rzetelne. A do tego – zgodne z aktualnym stanem wiedzy. Co więcej, fundacja od lat prowadzi ogólnopolski program edukacyjny „1000 pierwszych dni dla zdrowia”, w którym wspiera rodziców w prawidłowym żywieniu dziecka. Jest to więc pomoc, po którą naprawdę warto sięgać.


1000 PIERWSZYCH UŚMIECHÓW, 1000 PIERWSZYCH DNI

Od razu dodajmy też, że odpowiedzialność za żywienie dziecka nie może ograniczać się tylko do nas, mam. Ważna jest tu edukacja całej rodziny: z często niereformowalnymi babciami i ciociami włącznie. Warto więc uświadomić najbliższych, że czytanie etykiet spożywczych i sięganie wyłącznie po żywność, przeznaczoną dla konkretnego wieku, to nie jest wymysł współczesnych matek, a – zwyczajnie – troska o prawidłowy rozwój dziecka. Skoro wiemy, że dbając o dietę w tym newralgicznym momencie, mamy realny wpływ na jego zdrowie i teraz, i w przyszłości, dlaczego by tego nie robić?

Wszyscy musimy zdawać też sobie sprawę z tego, że żywność może być niebezpiecznym źródłem drobnoustrojów, zanieczyszczeń chemicznych (takich jak np. pozostałości po pestycydach czy metale ciężkie) czy mikotoksyn (czyli toksyn, wytwarzanych przez niektóre gatunki grzybów i mogących prowadzić do zatruć, alergii czy chorób). Już niewielkie ilości tych metali ciężkich mogą odkładać się w organizmie i negatywnie wpływać na jego układ nerwowy. A że dziecko ma nie tylko niedojrzałe narządy i układy, ale i mniejszą masę ciała, niż dorosły, to ta sama dawka zanieczyszczeń, jaka jest dopuszczalna w żywności ogólnego spożycia (czyli takiej, jaką my jemy), może być już dla niego ryzykowna.

Co więcej, są już badania, które pokazują, że obecność zanieczyszczeń w żywności może negatywnie wpływać na zdrowie dzieci i podnosić ryzyko wystąpienia chorób w dalszych latach ich życia. A przecież nikt z nas nie chce świadomie skazać na choroby własnego dziecka. Dlatego warto zwracać uwagę na to, co jedzą nasze dzieci. I tak samo mocno skupiać się nie tylko na tych słynnych, pierwszych uśmiechach, pierwszych ząbkach czy pierwszych krokach, ale i na 1000 pierwszych dni jego żywienia.


Zdjęcia: Tola Piotrowska

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments