Parówki randkowe Magdy Gessler. Głupi się śmieje, a mądry zazdrości

Pewnie wielu z Was kliknęło w ten tekst ze skwaszoną miną, mocno niedowierzając, czego by tu można było zazdrościć. Otóż: pomysłu. I pewności siebie, która ten szalony przecież pomysł pomogła wprowadzić w życie.

Większość złośliwców zarzuca Magdzie Gessler to samo: jak może swoją twarzą firmować parówki. A ja Wam powiem, jak. NORMALNIE. Bo chociaż nie jest to danie wykwintne jak z przepisów Wojciecha Modesta Amaro, a cały internet powie Wam, że grozi Wam od niego rak, to i tak w znakomitej większości je jecie. Dlaczego? Bo parówki zwyczajne są dobre.

Zmielą Ci psa, a i tak to zjesz

Nie wiem, dlaczego straszy się nas tymi parówkami jak laleczką Chucky. Nie wiem, dlaczego stała się synonimem śmieciowego jedzenia, skoro równie zabójcza może być dla nas pszenica albo biały ryż. Rozumiem, że jej wartość odżywcza jest mocno wątpliwa, ale przecież szkodzi nam wszystko – picie, palenie, smog i drugi człowiek. A od wciągnięcia od czasu do czasu jednej niewinnej parówki (tudzież jednej niewinnej paczki), nie zmienimy się od razu w ludziki Michelin, liczbą oponek przebijając zakład wulkanizacyjny. Wszystko jest przecież dla ludzi – tylko, wiadomo, z umiarem.

Mimo więc całej tej złej prasy, jaką parówki aktualnie mają, idę o zakład, że ich sprzedaż ani trochę nie spada. Nie pomaga gadanie, że składają się w 5 procentach z mięsa, a i to psa, a pozostałych 95 procent stanowi zmielona wraz z łańcuchem buda. Nie pomagają filmy, na których pokazuje się, jak hodowane i mordowane są następnie zwierzęta. Nie pomaga w końcu straszenie tymi wszystkimi konserwantami i E, bo konserwować to my lubimy się wódką, a jedyną literą, jaka nas interesuje, jest litera G, bo kryje się pod nią punkt G. A dlaczego wszystko to nie pomaga? Bo Polacy kochają parówki!

Burger z rzeżuchy? Dziękuję, postoję

Dlatego – choć rozumiem, jak ważne jest zdrowe odżywianie i odpowiednio zbilansowana dieta – parówek jeszcze długo z niej nie wykreślę. I choćby stanęła przede mną Anna Lewandowska ze swoimi daniami bez glutenu i pośladkami bez cellulitu, to mnie i tak bliżej będzie do Magdy Gessler, która – zwyczajnie, po ludzku – lubi dobrze zjeść. Przecież jak czytam o daniach typu pizza z kalafiora czy burgery z rzeżuchy, to myślę, że mam w sobie duszę jaskiniowca i zamiast walczyć z glutenem, wolałabym jednak z mamutem.

Poza tym ilekroć sięgam pamięcią, to w czasach studenckich rzadko kiedy łapałam za komosę ryżową z kwaśnymi owocami czy bananowe brownie przygotowywane na bazie kaszy jaglanej. Na litość boską, przecież wtedy łapało się w rękę parówkę, żeby w ogóle zdążyć czasami coś zjeść. Do dziś pamiętam kumpli zza ściany, którzy potrafili gotować je sobie w czajniku, a i mój organizm przyjmował je jak dobro narodowe i jakoś nie wybuchał od tego.

95 procent mięsa. I lubczyk

Teraz na popularności parówek postanowiła zarobić także Magda Gessler, wykorzystując przy tym cztery cudowne okoliczności. Pierwszą z nich jest nasza naturalna miłość do mięsa i łatwego (czytaj: szybkiego) żarcia. Drugą – fakt, że słowo „besos” za sprawą facebookowych wpisów przylgnęło już do niej jak łatka, więc nazwa była gotowa, potrzebny był tylko produkt. Trzecią – jej sława, która sprawia, że czegokolwiek nie markowałaby swoim nazwiskiem – rozejdzie się niczym świeże bułeczki.

Czwartą okolicznością są zaś nadchodzące walentynki. No powiedzcie sami – kto mógłby wpaść na pomysł stworzenia parówek z lubczykiem i sprzedawania ich pod wiele obiecującą nazwą „Parówki randkowe”? Do tego od 1 lutego? Tak, tylko geniusz. Idę o zakład, że parówki randkowe Magdy Gessler będą wręczane w tym roku równie często, co bombonierki i kwiaty. Oczywiście, dla zgrywy, ale czy to ważne? Motywacja jest mało istotna, dopóki pieniądz się zgadza.

Parówki randkowe? Biorę!

Dlatego śmiało zamierzam bronić dzisiaj Magdy Gessler, bo kreatywności jej odmówić nie sposób. Podobnie, jak i żyłki do interesów – przecież te jej parówki randkowe podbiły internet jeszcze zanim trafiły na sklepowe półki! A napływające zamówienia – jak sama przyznaje – już teraz idą im w tony.

Docenić należy też fakt, że zamiast obrażać się na fatalny skład polskiej parówki, Magda Gessler zrobiła coś, czego nie zrobił dotąd nikt inny – zdrową, bo składającą się z 95 procent mięsa parówkę, której mimo spoczywającej na niej odpowiedzialności nie waha się polecać. I dla mnie jest to najlepsza reklama – autorytet kulinarny, który uwiarygodni mi produkt.

Jeśli więc ktoś zapyta, czy sama chętnie je kupię, to śmiało odpowiem, że tak. Może będzie to jedno z najbardziej wstydliwych wyznań na tym blogu, ale tak, kocham parówki. Od czasu, kiedy znowu jem mięso, kocham parówki, kabanosy i wszelkiego rodzaju wędliny. I to kocham tak bardzo, że kanapki przygotowuję sobie często bez użycia chleba, przez co mój facet śmieje się, że wolał mnie jako wegetariankę, bo teraz to go puszczam z torbami.

A zatem – jak to mówią w rzeźni i na Facebooku – BESOS, moi mili!


Magda Gessler i parówki randkowe. Zobacz wywiad:

fot. Besos Tylko Najlepsze

Subscribe
Powiadom o
guest
29 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Aleksandra

Ja też myślę, że nie ma się czego wstydzić, panią Magdę lubię, ale ona tam w filmie powiedziała, że mięsa będzie 85%, więc takie parówki można znaleźć też w sklepach :)

Wiktoria

Mięsa nie jem, zatem interesu jako takiego nie wspomoge, ale jedno przyznaje bez bicia- pomysł genialny. I nie mówię tego tylko, dlatego że Panią Magdę darze miłością absolutną ;)

Wiktoria

I jakie trzeba mieć jaja, żeby z czegoś, z czego cały internet ‚cisnal beke’, uczynić sposób na zarobek. No jak tu jej nie kochać :D