„Święta z eks” to dokładnie ten typ filmu, który włączasz z pełną świadomością tego, co się czeka, a jednak nie możesz się powstrzymać. Na szczęście wiesz, że nie będzie wymagało to od Ciebie nawet symbolicznego wysiłku intelektualnego i może to właśnie ten fakt sprawia, że czujesz się nagle tak dobrze i bezpiecznie. I gdybym miała przyrównać to cudo do czegoś typowo świątecznego, to zdecydowanie byłby to kinowy odpowiednik kubka, pełnego kakao z piankami. Słodkie to, momentami aż mdłe, ale i tak wypijasz do końca, bo jest miło, ciepło i pachnie grudniem (a może też i nadzieją).

KTO CHCIAŁBY SPĘDZIĆ ŚWIĘTA Z EKS?
Otóż główną bohaterką jest tu Kate – typowa, raczej przeciętna kobieta w średnim wieku, która właśnie rozwodzi się mężem imieniem Everett i która zamierza urządzić w ich rodzinnym domu ostatnie, idealne święta. Sam rozwód przebiega pokojowo, a główni zainteresowani wolą nazywać go „świadomym rozłączniem”. Niestety, Everett nie jest świadomy tego, że Kate po nowym roku zamierza sprzedać dom i wyjechać z miasteczka, a Kate tego, że jej prawie już były mąż ma nową, zjawiskową dziewczynę (oczywiście młodszą i ładniejszą) imieniem Tess.
Są tu też ich dzieci – w zasadzie już dorosłe. Syn, który wbrew protestom matki chciałby zostać strażakiem, oraz córka, która przywozi ze sobą sympatycznego, acz kompletnie zdziwaczałego chłopaka imieniem Nigel, który jest wielkim fanem Harry’ego Pottera i w tej fascynacji nim zdaje się mieć mentalnie wciąż około 10 lat. A już jako wisienka na torcie są tu ojcowie Everetta – jako para sympatycznych dziadziusiów, zawsze otwarta, pomocna i wspierająca.
I wszystko poszłoby pewnie zgodnie z planem, gdyby nie nagłe pojawienie się Tess. Bo przecież czym innym jest rozwód, a czym innym nowy związek. Co wobec tego robi Kate? Zaczyna spotykać się z Chetem – lokalnym sprzedawcą choinek, świętym Mikołajem, tancerzem erotycznym i generalnie, człowiekiem wielu talentów. Oczywiście przystojnym, bosko zbudowanym, niezbyt bystrym i… będącym w takim wieku, że pewnie mógłby być jej synem.



JEST MIŁO, CHOĆ ZASKOCZEŃ ZERO
Fabuła momentalnie robi się więc równie zaskakująca jak fakt, że Mikołaj znowu nie zmieści się w kominie. Mamy tu ex, dzieci, nowych partnerów, rodzinne zamieszanie, nieporozumienia, śnieżne scenerie, świąteczne tradycje i oczywiście wielkie „coś”, co bohaterowie muszą sobie uświadomić, zanim nadejdzie finał. I tutaj kolejny raz sprawdza się moja robocza teoria, że jeśli oglądałeś choć jedną świąteczną komedię romantyczną, to właściwie oglądałeś już wszystkie. Ale Netflix dobrze wie, że dokładnie o to nam chodzi. Ma być ciepło, kojąco i ku pokrzepieniu serc. No i jest.
Żeby nie było – nie brakuje też mocniejszych wrażeń. Jak na przykład wtedy, kiedy Kate oraz Everett wywracają się razem na sankach czy Chet rozrywa na sobie ubranie, by ugasić pożar (nie pytajcie – to trzeba zobaczyć). Wszyscy są przy tym do bólu przewidywalni: Chet uroczo nieogarnięty, Tess zdolna i ambitna (wiadomo, że poprzednie kolacje wigilijne musiała spędzać w jadłodajni, gdzie karmiła biednych i bezdomnych), dzieci rozdarte między matkę i ojca, a nasi rozwodnicy – szalenie niezdecydowani w tym, czego właściwie i od kogo chcą.
I tak zaczyna się rywalizacja. Czy górę przejmą dawne, czy nowe uczucia? Czy da się wygrać wyścig o lepsze święta? I co to w zasadzie miałoby znaczyć? Jakby tego było mało, w tle mamy jeszcze wspomniany już wątek sprzedaży domu i chęci zamknięcia pewnego rozdziału życia. Oto Kate przyjechała bowiem do Winterlight wyłącznie za Everettem – on otworzył tu swój gabinet lekarski, a ona porzuciła wszystkie swoje plany i marzenia o byciu architektką, aby być żoną przy mężu (czy – jak sama mówi – „samotną matką z obrączką na palcu”) i… miejscową złotą rączką. A teraz? Dzieci dorosły, małżeństwo rozeszło się niczym szwy w koszuli po nazbyt obfitej kolacji i wspólnie uznali, że należy im się od życia nowy rozdział.



ŚWIĘTA Z EKS: NIECH BĘDZIE 6/10
Jak więc na świąteczną komedię od Netflixa przystało, jest tu ciepło, lekko, trochę kiczowato – ale w tym przyjemnym, grudniowym stylu. A do tego – momentami – nawet całkiem zabawnie. I choć nie jest to humor najwyższych lotów, to zdarzają się sceny, w których się autentycznie i serdecznie uśmiechniesz. Zwłaszcza, jeśli kochasz cały ten świąteczny klimat i/albo masz przy sobie kogoś, z kim chrupiecie właśnie pierwsze, tegoroczne pierniczki.
„Święta z eks” sprawdzą się też dobrze jako tło do ubierania choinki, pakowania prezentów czy do odkurzania świątecznych ozdób. Bo i nie czarujmy się: nie ma tu nagłych zwrotów akcji, wielkich kreacji aktorskich, nie ma też aspiracji do nich – i w sumie chwała filmowi za tę samoświadomość. Ten film jest dokładnie tym, czym miał być – miłym, świątecznym przerywnikiem w codziennej gonitwie obowiązków i myśli. Ot, półtorej godziny do odhaczenia przed ekranem. Bez presji i zbędnych analiz, za to z mięciutkim kocykiem i lekkim uśmiechem. Czy warto go obejrzeć? Jeśli szukasz ambitnego kina – zupełnie nie. Jeśli szukasz czegoś, co wprowadzi cię w świąteczny klimat bez obciążania głowy – to tak.
„Święta z eks” są więc niczym ten prezent, którego może nikt z nas nie umieściłby na liście swoich marzeń, ale kiedy już go dostanie, to myśli sobie: „W sumie, czemu nie”? I tak właśnie działa ten film: bez fajerwerków, ale jednak z uśmiechem.
„Święta z eks” – zobacz zwiastun filmu:
Zdjęcia: Netflix/materiały prasowe